niedziela, 9 października 2016

Perska zupa z czerwonej soczewicy i "Zupa z granatów"

Przepis na dzisiejszą zupę pochodzi z książki "Zupa z granatów" (recenzja na dole wpisu). Przepis tak mnie zaintrygował, że od razu po przeczytaniu postanowiłam go wykorzystać. Muszę przyznać, że zupa jest idealna na pogodę, którą mamy w Polsce. Jest sycąca i rozgrzewająca, a w domu rozchodzi się przyjemny zapach wschodnich przypraw. Niżej podaję proporcje z książki. Sama zrobiłam z połowy składników.




Składniki (na 4 porcje):


2 szklanki czerwonej soczewicy
7 posiekanych dużych cebul
7 wyciśniętych ząbków czosnku
1 łyżeczka mielonej kurkumy
4 łyżeczki mielonego kminku
oliwa z oliwek
7 szklanek rosołu z kury
3 szklanki wody
sól
2 łyżeczki ziaren czarnuszki (można zastąpić  mielonym czarnym pieprzem)

Moje dodatki:
łyżeczka ostrej papryki węgierskiej (dodałam, by zaostrzyć zupę)
łyżeczka mielonej kozieradki (o tej porze roku dodaję ją niemal do wszystkiego)
  1. Soczewicę wsypać do rondla, zalać wodą. Zagotować, a następnie dusić bez przykrycia 9 minut. Odcedzić, odstawić. 
  2. W wysokim garnku usmażyć na złoto z dodatkiem oliwy 6 posiekanych cebul z czosnkiem, kurkumą, papryką, kozieradką i kminkiem. 
  3. Do garnka z cebulą dodać soczewicę, rosół i wodę. 
  4. Posolić, doprawić czarnuszką lub pieprzem do smaku. 
  5. Doprowadzić zupę do wrzenia, po czym gotować na małym ogniu pod przykryciem przez 40 minut. 
  6. Resztę cebuli przesmażyć na oliwie (w niewielkiej ilości): ma być chrupka, ale nie przypalona. Posypywać nią gotowe porcje zupy.


-----
Podobne:

Szwedzka grochówka
Krem z dyni z przyprawami orientalnymi
Zupa soczewicowa z kalarepą



"Zupa z granatów" to powieść nieżyjącej już autorki irańskiego pochodzenia Marshy Mehran. Książka czekała na przeczytanie ponad pół roku i za każdym razem, gdy sięgałam po kolejną, kusiła czerwienią granatów z okładki. I doczekała się :)

"Zupa z granatów" opowiada historię trzech sióstr: Mardżan, Bahar i Lejli. Dziewczyny urodziły się i wychowały w Teheranie (Iran), skąd wyemigrowały do Londynu, a stamtąd do małego miasteczka w Irlandii w hrabstwie Mayo (zachodnia Irlandia).
Książka rozpoczyna się z chwilą zamieszkania młodych kobiet w Irlandii. Wynajmują tutaj lokal po dawnej ciastkarni. Właścicielką jest Włoszka, matka byłej szefowej Mardżan. Kobieta zakłada w miasteczku Cafe Babilon, w której postanawia zaserwować dania perskie ze swoich rodzinnych stron. Zapach cynamonu, kardamonu i wody różanej kusi miejscowego duszpasterza, ojca Fergala Mahoneya, który staje się pierwszym i stałym klientem Babilonu. Z czasem restauracja zyskuje nowych klientów, a Mardżan - nowych przyjaciół. Nie wszyscy jednak witają "Arabki" z sympatią. Miejscowa plotkarka numer jeden, Dervla Quigley, tworzy własną wersję historii kobiet i rozgłasza ją, gdzie się da. Ma duże poparcie barona piwnego i małomiasteczkowego biznesmena, Thomasa McGuire'a, łasego na lokal, który wynajęły "Arabki".
W książce poznajemy wcześniejsze historie 15-letniej urodziwej Lejli, zamkniętej w sobie i cierpiącej na nieustanne migreny Bahar oraz odpowiedzialnej za młodsze siostry Mardżan, która przed ucieczką z Iranu zebrała dużo przepisów i porad związanych z uprawą ziół w restauracji w słynnym teherańskim hotelu.
Współczesna akcja książki przeplata się z historiami kobiet oraz historią konfliktów na Bliskim Wschodzie w latach 70. i 80. poprzedniego wieku. Autorce bardzo zgrabnie udało się to połączyć, przez co nie męczy czytelnika, a opisuje cały kontekst emigracji kobiet. Dzięki temu książka nie jest zwykłym czytadłem, a przejmującą historią losów kobiet, którym przyszło żyć w czasach napiętych stosunków różnych religii Bliskiego Wschodu i przemian politycznych w Iranie. Myliłby się jednak ten, który uznałby książkę za ciężką. Marsha Mehran naprawdę łagodnie potraktowała swoich czytelników.

To jedna z tych książek, których nie chce się zbyt szybko skończyć. W swej konwencji przypomina dwa filmy: "Czekoladę" (dzięki klimatowi małego miasteczka, do którego przybywają niezbyt przychylnie witane cudzoziemki) i "Mistress of Spices"(za sprawą leczniczych właściwości przypraw). Odnajdujemy też nasz rodzimy klimat - w każdym takim miasteczku znajdzie się plotkarka w stylu Dervli Quigley, która mnie się skojarzyła z Kraśniakową z Malowniczego Magdaleny Kordel.

Dla mnie dodatkową gratką są przepisy na dania, które autorka zamieściła na początku każdego rozdziału. Do tych dań autorka nawiązuje w kolejnych częściach książki. Poznając je wcześniej, wiemy, o czym czytamy i dlaczego klienci Cafe Babilon zachwycają się smakiem i aromatem tych potraw.
Większość tych dań na pewno doczeka się wykonania w mojej kuchni. Dziś wypadałoby zrobić tytułową zupę z granatów, ale - jak napisała autorka - granaty dojrzewają w październiku-listopadzie, więc zupa powinna być przyrządzana, gdy te miesiące miną. Dla smaczku cytuję część zakończenia książki, oczywiście o granacie:



"(...) granat – pomimo niefortunnych skojarzeń ze śmiercią i zimą – był i pozostanie przede wszystkim owocem nadziei.  To symbol płodności, nowych rzeczy, które mają przyjść, i minionych czasów, zachowanych w czułej pamięci.  Owoc granatu pokazał (...), że najlepsze receptury to te niespisane – te, które ujawniają się, kiedy z kieliszkiem wina Sziraz w dłoni nastawiamy kojące nagranie Billie Holiday i poddajemy się działaniu ich bogatych składników. Bo życie – czy tego chcemy, czy nie – potoczy się dalej, z nami lub bez nas, i zawsze  będzie kwitło w czyimś ogródku, nadając smak kolejnej zupie z granatów."

Zachęcam Was do przeczytania tej książki - od smaków i zapachów w niej opisanych od razu robi się cieplej i przyjemniej :) To idealna lektura na jesień :)


globtroter
Gra w kolory
X, XI, XII
Konkurs u Ejotka




8 komentarzy:

  1. Powiem Ci, że jestem w szoku :) Raz, że sięgnęłaś po irańską literaturę (u wszystkich mam raczej polska+amerykańska), dwa to ciekawa książka po Twojej recenzji sądząc a trzy - zupa którą ugotowałaś! Nigdy nie jadłam takiej zupy a i kozieradki nie znam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, a ja miałam właśnie kłopot z lit. amerykańską w tym miesiącu ;)
      Książkę naprawdę polecam - Autorka zbudowała w niej cudowny nastrój. Mnie się od razu cieplej zrobiło podczas lektury. A do tego wyobraźnia działała i wprost czułam zapach kardamonu, cynamonu i wody różanej unoszący się z tabletu.
      Zupę polecam, jeśli dasz radę pokroić tyle cebuli. Jest pyszna i cudownie rozgrzewa po powrocie do domu. A musisz wiedzieć, że pisze to osoba, która nie przepada za zupami.

      Usuń
    2. Książkę dodałam sobie już na LC... może kiedyś się jej dorobię i przeczytam :) Bo mnie przekonałaś
      Obawiam się tylko czy moje oczy przeżyją krojenie, oprócz rąk... No ale zapamiętam :)

      Usuń
    3. Naprawdę polecam :) szczególnie na okres jesienno - zimowy, bo to raczej nie jest letnia książka.
      Oczy rzeczywiście mocno płaczą podczas krojenia. Ja to robiłam w pełnym makijażu, więc możesz się domyślać, jak wyglądałam po rozprawieniu się z cebulą ;) Na początek polecam zrobić z połowy składników, zawsze to mniej łez ;)

      Usuń
  2. Ależ długą recenzję napisałaś! Przyzwyczaiłam się już do Twoich krótkich, acz bardzo treściwych opinii, a tu takie zaskoczenie! Mam wrażenie, że nadal "trawisz" książkę w myślach i analizujesz losy bohaterek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydało się - ta książka bardzo (!) mi się spodobała, a że nie opiera się na jednej płaszczyźnie, mogłabym o niej pisać i pisać :) I rzeczywiście wciąż ją trawię w przenośni i rzeczywistości (właśnie spałaszowałam dwa talerze zupy z soczewicy).

      Usuń
  3. Wiedziałaś, że jest druga część?
    "Woda różana i chleb na sodzie"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem :) I już się nie mogę doczekać. Czeka w kolejce. Może się jeszcze wyrobię do końca akcji u Ejotka...

      Usuń

Chętnie poznam Twoje zdanie na temat tego wpisu lub przepisu. Zostawisz kilka słów w komentarzu?
Dziękuję, również za lajki na fb oraz 1+ na G+ :-)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...